⏱️Przeczytasz ten artykuł w 5 minut.
Dowiedz się, jak przerwać takie zjawiska jak:
- nadmierna ocena siebie i wygórowane wymagania,
- ocena swojej wartości przez pryzmat potknięć,
- sukces jako pułapka niekończącego się osiągania,
- zasada: „będzie, jak chcę, albo wcale”.
Marta, 35-letnia prawniczka z prestiżowej kancelarii, od zawsze była perfekcjonistką.
W pracy miała opinię niezawodnej – każda sprawa musiała być dopięta na ostatni guzik, każdy dokument bezbłędnie przygotowany, każda decyzja przemyślana do granic możliwości. Klienci ją uwielbiali, współpracownicy szanowali, a szef często powtarzał, że to ona jest przyszłością firmy. Jednak za tą zewnętrzną fasadą sukcesu kryło się coś zupełnie innego.
Zanim Marta zakończyła jeden projekt, już myślała o kolejnym. Kiedy wygrywała sprawę, zamiast cieszyć się zwycięstwem, natychmiast zaczynała analizować, co mogła zrobić lepiej. Poprzeczka, którą sama sobie ustawiła, wciąż była podnoszona – za każdym razem wyżej i wyżej. Chociaż osiągała sukcesy, nigdy nie potrafiła się nimi cieszyć dłużej niż przez kilka chwil.
Zamiast dumy, odczuwała nieustanną presję. „Muszę być lepsza” – myślała – „Muszę udowodnić swoją wartość, bo inaczej wszystko, co zrobiłam, nie ma znaczenia”.
Kontrola stała się jej obsesją. Nie tylko w pracy, ale i w życiu prywatnym. Nawet weekendowe spotkania z przyjaciółmi musiały być idealnie zaplanowane, każdy szczegół dopracowany. Pranie robione było w określonych dniach, dom lśnił czystością, a każda najmniejsza decyzja podejmowana była po długiej analizie. Z czasem Marta zauważyła, że traci radość z rzeczy, które kiedyś sprawiały jej przyjemność. Zamiast satysfakcji, odczuwała jedynie zmęczenie i niepokój.
Pewnego dnia, podczas kolejnej nieprzespanej nocy, gdy analizowała sprawę, którą wygrała zaledwie kilka godzin wcześniej, coś w niej pękło. Zdała sobie sprawę, że mimo zewnętrznych sukcesów, wewnętrznie czuje pustkę. Zrozumiała, że perfekcjonizm, który kiedyś wydawał się jej siłą, teraz był jej największym wrogiem.
Marta zaczęła zastanawiać się, jak mogłaby się uwolnić z tej pułapki i odzyskać kontrolę nad swoim życiem – nie przez dążenie do nieosiągalnej doskonałości, ale przez akceptację własnych ograniczeń i prawdziwe cieszenie się chwilą.
To był moment przełomowy, w którym postanowiła, że musi coś zmienić. Ale jak to zrobić, kiedy całe życie polegało na dążeniu do ideału? Co było dalej?
Ogrom pracy, dzień po dniu wyłapywanie schematów, które zamknęły Martę w jej własnych wyidealizowanych oczekiwaniach wobec siebie.
Kiedy pojawiała się myśl: „muszę być najlepsza”, przypominało jej się pytanie z sesji coachingowej: „Musisz być najlepsza?”. Dodatkowo pomagała jej świadomość, że osoby, które ceni, również popełniają mniejsze lub większe błędy albo po prostu wykonują swoje zadania dobrze.
Było to dla niej nowe, trudne doświadczenie, ale powoli przełamywało jej skostniałe podejście. Marta zaczęła rozumieć, że wszystko z nią w porządku. Jej nadmierne oczekiwania, których nie miała wobec innych, zaczęły wysysać z niej energię, bo ideał, do którego dążyła, nie istniał.
Dla każdego z nas doskonałość oznacza coś zupełnie innego, nie wierzysz mi?
Zachęcam do krótkiego eksperymentu: zapytaj pięć różnych osób, co dla nich oznacza idealny odpoczynek, idealne danie czy idealny deser. Przekonaj się, jaki będzie rezultat.
Płynnie eksperyment pozwalał dotknąć kolejnych aspektów, nad którymi Marta zaczęła pracować. Sukces sprawiał, że czuła się wartościowa, niestety tylko na krótko.
Dla Marty to oznaczało bycie niedoścignioną, ale w tym pędzie zgubiła radość, która na początku jej drogi zawodowej była naturalna. Doceniała swoje starania i celebrowała je. Mówiła sobie: „Świetnie ci idzie, włożyłaś w to dużo pracy. Każdego dnia cieszę się z wybranej drogi”. Świętowała wygrane sprawy z przyjaciółmi. Później mechanicznie nabijała licznik rozpraw, które musiała wygrywać.
W czym był problem? W ilości. Tak wiele spraw wymagało nieprzespanych nocy, aby utrzymać efekty. Szybko bezsenność stała się nową normalnością. Brak snu sprawił, że zaczęły pojawiać się błędy i pretensje do samej siebie.
Nowe motto Marty to: „Mierz siły na zamiary i ciesz się tym”.
Budowanie poczucia własnej wartości wyłącznie na sukcesach to droga skazana na porażkę. Marta miała wybór: cieszyć się tym, co już osiągnęła i nie robić nic więcej, albo zacząć doceniać to, co ma i świętować jak za dawnych lat. Co się zmieniło? Realne cele, dopasowane do jej stylu życia, wartości i potrzeb. Przede wszystkim Marta zaczęła dostrzegać w sobie pasje, które miała, ale przez pęd za sukcesem i byciem idealną zapomniała o nich.
Relaks pozwolił jej czerpać radość z pracy i działań poza nią. Zrozumienie, że praca jej nie definiuje, było krokiem milowym w postrzeganiu samej siebie.
„Będzie, jak ja chcę, albo wcale” – to zdanie było mantrą Marty. Męczyło ją to, że nie może na nikim polegać. A czy na pewno? Świat istniał nawet wtedy, gdy miała wolne. Współpracownicy dawali sobie radę, gdy Marta była w sądzie. Spojrzenie na to z tej perspektywy sprawiło, że zrozumiała, że chodzi o zaufanie do siebie i swoich kolegów. To również były osoby z doświadczeniem, a ich pomysły, choć inne, nie były gorsze. Nowe spojrzenia często okazywały się strzałem w dziesiątkę. Odpuszczenie presji dało Marcie oddech, wolność i przyjemność ze współpracy.
Który element perfekcjonizmu jest Ci najbliższy?
Ocena zerojedynkowa swojej wartości? Może kontrolowanie wszystkiego i wszystkich? Dążenie do sukcesów, gdzie poprzeczka zawsze jest podnoszona wyżej i wyżej?
Spójrz na sposoby Marty lub umów się na sesję – znajdziemy rozwiązania, które pomogą Tobie.





